Narciarskie stoki – igraszki ze śmiercią
Nie tylko na tatrzańskich stokach śmierć lubi często, gęsto zaglądać szusującym w oczy – bez względu na to czy szusujący ma kask na głowie czy nie, czy jedzie ostrożnie czy też jest prawdziwym piratem na deskach tudzież desce. Można mówić o tendencji do zwielokrotnienia przypadków odejścia na tamten świat podczas narciarskich szaleństw z roku na rok, mimo udoskonalania przepisów dotyczących bezpieczeństwa na stokach i konsekwentnego ich egzekwowania.
A oto jak nam się zaczął kreować „śmiertelny repertuar” tegorocznego sezonu narciarskiego : Koniec grudnia 2010 roku, Małopolska. Dwóch narciarzy zderza się na stoku Jaworzyny Krynickiej, jeden z nich tego bliskiego, zbyt bliskiego spotkania z uczestnikiem białego szaleństwa nie przeżywa. Szczegółami zajęła się prokuratura w Muszynie. Jedyne co można było stwierdzić od razu, to fakt, iż ofiary owego zderzenia były trzeźwe.
30 stycznia 2011 roku, Szklarska Poręba – na stoku ginie 39 letni narciarz. Ginie także na skutek zderzenia jak wyżej opisany, jednak nie z drugim szusującym na stoku a z hydrantem, który to martwy przedmiot nie odniósł większych obrażeń w przeciwieństwie do narciarza nie posiadającego kasku na głowie. A już pierwszego lutego Szczyrk „pochłania” kolejną ofiarę narciarskich stoków – 52 mężczyznę. Tutaj także mamy do czynienia ze zderzeniem a obiektem owego jest drzewo, mimo że tym razem uprawiający sport miał na głowie kask ochronny – dochodzi do utraty życia.
Parę dni później, 3 lutego na stoku Czantoria w Ustroni ginie 17 letni chłopak. Znów drzewo okazało się być morderczym obiektem dla ofiary. Mimo szybkiej interwencji i reanimacji innych narciarzy bawiących na stoku – 17 latek traci życie. Aż trzy śmiertelne przypadki w przeciągu jednego tygodnia. Ci, którzy mieli wątpliwa przyjemność obserwować te dramatyczne zajścia na wspomnianych stokach stwierdzili, iż niebezpiecznych sytuacji było mnóstwo, każda mogłaby przecież skończyć się podobnym dramatem – dzieci bez opieki, tłok, brawura, samozwańczy instruktorzy narciarscy, piraci na oblodzonych rejonach stoku i tak dalej.
No i informacja sprzed paru dni, prosto ze stoku tatrzańskiego- Kotelnica w Białce Tatrzańskiej. Narciarz najnormalniej w świecie słabnie na stoku, godzinę jest reanimowany najpierw przez innych narciarzy a następnie przez ratowników TOPR, bezskutecznie. Mimo, że śmigłowcem został przetransportowany do szpitala i pomoc została mu szybko udzielona – miłośnik nart traci życie.
A do końca sezonu zimowego jeszcze daleko, jakie żniwo zbierze jeszcze śmierć na stokach narciarskich w naszym pięknym kraju?Pozostaje czekać na ciąg dalszy.




