Przyszłość zimowych kurortów – strach się bać

 Na igrzyskach w Vancouver pogoda jak w Londynie, dowcipkują olimpijczycy, choć organizatorom wcale nie do śmiechu. Najlepiej sprzedaje się chyba jako gadżet z wioski olimpijskiej , parasolka z logo imprezy. Jakoś przebiegają zawody i medale są zdobywane we wszystkich dostępnych kolorach, ale atmosfera już nie ta – olimpiada zimowa musi być zimowa, a przynajmniej nie szara, błotnista i wodnista. Problem nie byłby aż taki dramatyczny z tym ociepleniem w Vancouver podczas zimowej, jakże ważnej imprezy, gdyby rzecz była pojedynczą anomalią w pogodzie i incydentem, który niekoniecznie musi być regułą, co olimpiada.  

Niestety, tegoroczna bezśnieżna wioska olimpijska to kolejny zwiastun mrocznej przyszłości, jaka czeka zimowe imprezy, a co za tym idzie –   kurorty, wszelkie nisko położone weń nartostrady, trasy snowboardowe, atrakcje a`la „czas po nartach”, hotele, pensjonaty, punkty gastronomiczne – wszystko, co żyje tylko dzięki śnieżnej aurze i dzięki turystom.

Właściwie bolączki kurortów zimowych można policzyć na palcach u jednej ręki, bowiem sęk w tym, że problem nie tkwi w ich mnogości, a nieodwracalności. Rzecz idzie o ludzką mentalność, chciwość na grosz, odwieczny konflikt interesów między ekologami a inwestorami wreszcie jedno, wielkie ocieplenie klimatu, które zmiecie z powierzchni ziemi wszelką infrastrukturę –  a propos zimowego raju –  położoną poniżej tysiąca metrów npm.

Europa i nasze Tatry. Choć Alpy „ocieplają” się szybciej, nie mamy się czym podniecać w radowaniu owym faktem, bowiem Zakopane wylało już tego roku krokodyle łzy nad stokami narciarskimi, które tylko wspominały jak wygląda śnieg, a sztuczne naśnieżanie w niewielkiej części złagodziło problem – bo za ciepło i się nie dało, bo TPN nie pozwoliło ( Kasprowy Wierch ), bo wody za mało, a tworzenie sztucznych zbiorników to za droga inwestycja i, oczywiście, nie ekologiczna. „Po nartach”, czy „desce” jest gdzie pójść pod Giewontem ( gorzej z tym w Szczyrku czy Wiśle ), to zaś jak grzmią niektórzy, Anglicy się z nas Polaków śmieją, iż pijemy wódkę w karczmach jakbyśmy się bali, że jej zabraknie.

Słowacy dla odmiany podciągnęli się ostatnimi czasy z kurortami zimowymi, a co za tym idzie, z  infrastrukturą narciarską. To znowu słychać płacz , bowiem na słowackiej ziemi ”po nartach”, dla odmiany nie ma gdzie się udać.Wszędzie za drogo, gdyż wciąż daje w kość nowa waluta, wodne parki i tym podobne atrakcje świecą pustkami. Mroczną przyszłość inwestujących w „śnieżny biznes” łagodzą na dzień dzisiejszy zniżki i promocje dla stałych gości oraz nadzieja, że będzie po czym jeździć.

Inwestorzy i miejscowi w słowackich zimowych kurortach nie zasłynęli –  przynajmniej głośno o tym nie słychać –  z kłótni i waśni o grunty pod biznes zimowy, jak to ma miejsce u nas w Beskidach czy na Podhalu, góralska mentalność twarda jak sam granit nie zawsze tu wychodzi na przeciw rozwojowi turystycznemu. U Słowaków mało też hucznych afer z inwestycjami, które rodziły by się, by prać brudne pieniądze, jak na Bałkanach w Bułgarii. Tam w owym niecnym celu buduje się nartostrady narciarskie i infrastruktury na stokach, gdzie wogóle śnieg nie sypie i nie sypał nawet za czasów bez efektu cieplarnianego. W tym skorumpowanym kraju, z fikcyjnymi inwestycjami w górach na terenie parku narodowego, kurorty zimowe nie mają przyszłości, bowiem już na starcie nie mają racji bytu –  nikt tam nie będzie jeździł na czymkolwiek, bo śnieg w takim klimacie występuje tylko w encyklopedii.

Ruch ekologiczny w Bułgarii w desperacji zagroził, iż może posunąć się do zachowań przestępczych jak będzie trzeba. Całkiem szokujący pomysł o wywołaniu sztuczniej lawiny w rejonie kurortu, który ze szkodą dla fauny i flory ma być rozbudowany, okazał się skuteczny, bowiem zahamował zapędy inwestorów, którzy nie koniecznie widzą dalej niż koniec swojego portfela. Mniej szokującymi metodami posłużył się ruch ekologiczny w naszym kraju, w Brennej, gdzie na drodze do „rozwoju” kurortu stanęły watahy wilków i puszczyk ukraiński. Wycinka drzew miałaby się odbyć akurat tam, gdzie wilki mają korytarz migracyjny ( Brenna ma tak z wilkami, jak Zakopane ze świstakami – jedne i drugie nie lubią narciarzy ). Zresztą i tak stoki narciarskie w Brennej – zdaniem ekologów -położone są na takiej wysokości, a właściwie niskości geograficznej, że inwestowanie w nie depcząc przy tym przyrodę, to rzecz niepodobna.   

Zahaczając jeszcze o Alpy, którym najcieplej w Europie –  mają do stracenia na prawdę wiele. Przy wzroście temperatury o dwa stopnie pójdzie w zapomnienie jedna trzecia kurortów zimowych, a przy wzroście temperatury o cztery stopnie Celsiusza, do wspomnień należeć będzie dwie trzecie kurortów.

Francuzi już parę lat temu stracili niezły kurorcik a w kolejce czekają następne. Zaczyna królować przeświadczenie, iż im wyżej poziomu morza, tym większe szanse na zimowy biznes. Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju za kilkadziesiąt lat wraz ze śniegiem odejdą w zapomnienie znane kurorty także w Szwajcarii, Austrii, Niemczech, zwłaszcza te najniżej położone.

Nie ma się co oszukiwać, trzeba będzie przechrzcić niektóre zimowe miasteczka na wiecznie letnie a z nart przerzucić się na wrotki i deskorolki – chyba, że będzie cię stać, by szusować na Annapurnie!

prawa autorskie izakopane.net

Podobny temat ... No related posts